Wczoraj ktoś bardzo dla mnie ważny powiedział mi:
"- Tyle lat się dla nich starałem. Jeździłem po całej Polsce za swoje pieniądze, poświęcałęm swój czas, chciałem im coś dać, coś przekazać. I teraz, wiesz, nic bym na tym nie zarobił, ale chciałem zrobić to dla nich. I co? Teraz oni się wypinają a ja zostaję z opuszczonymi gaciami. Jak zawsze."
Tak, wiem, ludzie lubią brać i zapominać, że wzieli. Na jego twarzy rysował się wyraz głębokiego bólu i złości. Jest starszy ode mnie i najwyraźniej jest lepszym człowiekiem, bo wciąż popełnia ten sam błąd. Powiedziałem mu:
- Rób dalej to co kochasz i ciesz się tym, ale rób to tylko dla siebie, bo nikt ci nigdy nie będzie wdzięczny. Dasz z siebie wszystko obcym ludziom, a oni wezmą, ale tego nie docenią. Nikt nigdy nie docenia.
Miałem 20 lat kiedy poznałem Małego. A Mały miał wtedy 10. To był specyficzny dzieciak. Zadawał mnóstwo nadzwyczajnych pytań, nieraz całkiem nielogicznych. Ciągle odpływał w myślach, marzył o czymś, był nieobecny. Wieczorami łączył się z kosmosem i rozmawiał z Lordem Vaderem. Polubiłem go, może dlatego, iż czułem, że ma coś ze mnie. Poza tym Mały był głuchy. Nosił bardzo silne aparaty słuchowe, baz których nie słyszał absolutnie nic. Przez to trochę bełkotał, kiedy mówił i wiadomo, co przez to przechodził w szkole i na podwórku. Ale ja nigdy nie zwracałem uwagi na jego niepełnosprawność. Nie uważałem, żeby mu to coś przeszkadzało w ćwiczeniu aikido, cokolwiek on sam na poczatku o tym myślał. Chciałem mu pokazać, że może być taki sam jak inne dzieciaki, a nawet lepszy, jeśli się tylko postara. Chciałem mu pokazać, że ciężka praca uszlachetnia człowieka i że przez swoje kalectwo, paradoksalnie, może się nauczyć więcej niż inni. Więc łapałem go w swoje ręce i męczyłem, oczywiście z uśmiechem na ustach, ale bardzo go męczyłem. Mały zrozumiał szybko. Polubił mnie chyba za to, że nie litowałem się nad nim. Że kiedy mnie prosił, bym uważał na jego aparaty, ja darłem się- Ruszaj się chłopie, nic ci nie będzie! Bardzo dużo z nim ćwiczyłem, sprawiało mi to autentyczną przyjemność. I on zauważył, że zaczął być lepszy niż jego rówieśnicy, a nawet starsi koledzy. Odpowiadałem też na wszystkie jego mądre i niemądre pytania, odpowiadałem przed treningiem, w trakcie i po, odpowiadałem rano na ławce i wieczorem na pomoście a kiedy się nie widzieliśmy, odpowiadałem przez internet. Przez siedem lat doprowadziełm do do brązowego pasa i bardzo chciałem wyciągnąć na czarny. Obaj o tym marzyliśmy. Jesli mieliście kiedyś ucznia, prawdziwego Ucznia, to wiecie jak to jest- marzysz o tym, żeby któregoś dnia on stał się lepszy od ciebie. Marzyłem o tym, że któregoś dnia staniemy do pojedynku i nie dam mu rady- i wtedy pomyślę, to ja go takim stworzyłem, naprawdę zrobiłem z tego dzieciaka kogoś wielkiego. Ale do tego była jeszcze daleka droga. Mały miał już 17 lat i zaczynało mu się wydawać, że jest kimś ponad. Zaczął myśleć, że nauczył się już wszystkiego i więcej nie musi pracować. Tłumaczyłem mu, że to nie prawda, że czarny pas jest początkiem nauki a nie końcem. Że jak przestanie się uczyć, będzie coraz gorszy. Ale Mały nie rozumiał. Wymyślił sobie, że uwziąłem się na niego, że nie chcę go puścić na egzamin. Niestety wciąż miał za słabą kondycję na egzamin, choć bardzo się starałem ją poprawić. Często ścigaliśmy się lub rzucaliśmy sobą nawzajem, tak długo, aż nie padł. Nie pozwalałem mu siadać, puki autentycznie nie mdlał. Jak mdlał, cuciłem go i pracowaliśmy dalej. Ale on zaczął tracić cierpliwość. Chciał być mistrzem już, nie maił zamiaru czekać kilku następnych lat. Nie potrafiłem mu tego przetłumaczyć. W końcu Mały zbuntował się, zaczął być nieprzyjemny dla innych, chciał rządzić i musiałem to ukrucić. Obraził się trochę a potem znowu zaczął swoje, że się uwziąłem i nie chcę go puścić na czarny pas. Kiedy po niemal ośmiu latach odchodził, powiedział mi :
- Kochałem cię, a ty mnie tak potraktowałeś.
Co mu odpowiedziałem? Nic. Bo nie czułem nic. Miałem w swoim życiu zbyt wielu "przyjaciół" i oni wtopili w moje serce mały kawałek lodu, który spoczywa na samym dnie. Te osiem lat było wspaniałe, to była niezwykła relacja, dała mi bardzo wiele i nigdy nie będę jej żałował. Jednak w głębi siebie wiedziałem, że kiedyś odejdzie. Przyjaciele zawsze odchodzą. Tak, ja też chyba kochałem Małego, ale nie mogłem mu tego powiedzieć. Był wciąż dzieciakiem, a ja byłem dorosły. Mały odszedł, bo tak zdecydował, ale jeśli któregoś dnia wróci, przyjmę go tak, jakby nie było go jeden dzień i dalej go będę męczył do nieprzytomności i dalej będę chciał, żeby był najlepszy. Nie mam do niego żalu. Dawałem mu to wszystko, bo sam chciałem, bo czułem jak mnie to uszczęśliwia, a co on z tym zrobił, cóź, to juz jego sprawa. Może tak nie powinno być, ale tak jest i na całe szczęście nauczyłem się tego już dawno. Musimy być trochę egoistami, inaczej inni nas zniszczą.